Komodo
 
 
Logowanie
Przypomnij hasło
Załóż konto
Start e - WB Konkurs foto Archiwum Sklep Tapety Kontakt
TAPETY WB
Start
PATRONATY MEDIOWE WB:
SPRZĘT:
MEDYCYNA NURKOWA:
MIEJSCA NURKOWE:
Antarktyka
Australia
Egipt Dahab
Egipt Hurgada
Egipt St. Johns
Filipiny
Galapagos
Palau
Kajmany
Mauritius
Palau
Sudan
Wakatobi
Egipt Sharm
Komodo
Papua Nowa Gwinea
REKLAMA
POLECANE STRONY
CENTRA NURKOWE POLSKA
POLSKIE CENTRA NURKOWE ŚWIAT
 
Wyszukiwarka    
WIZYTA W KRAJU SMOKÓW

Tekst i zdjęcia: Jacek Otffinowski

Artykuł ukazał się
w Wielkim Błękicie nr 1/2005

 
To nie była wyprawa zaplanowana na wiele miesięcy z góry. Wręcz przeciwnie. W lipcu okazało się, że mamy jeszcze trochę zaległego urlopu do wykorzystania na przełomie sierpnia i września. Przypadkowo wybraliśmy Indonezję i po załatwieniu formalnośći mogliśmy wyruszać, w tę jak dotąd najbardziej egzotyczną wyprawę nurkową.
 
Z Bali na Flores lecimy mało znanymi liniami Pelita. Liczymy się z tym, że odlot będzie opóźniony, o ile w ogóle się odbędzie. Przed taką ewentualnością przestrzegają nas przewodniki po Indonezji, słyszeliśmy także niezbyt zachęcające opowieści od znajomych.

Ku naszemu zaskoczeniu, wszystko przebiega niezwykle sprawnie. Odprawa biletowa wraz z dopłatą za 100 kg nadbagażu, nie zajmuje więcej niż 10 minut. Nie zdążamy obejrzeć wszystkich podrobionych Rolexów sprzedawanych oficjalnie w duty free, kiedy słyszymy wezwanie do samolotu. Przechodzimy pieszo przez płytę lotniska. Samolot wygląda na nowy. Widzimy nasze torby na wózku z bagażami. Wszystko zatem jest OK. Parę minut później jesteśmy w powietrzu. Lecimy dość nisko, na mniej więcej 5000 metrów, dzięki czemu możemy podziwiać widoki w dole. Widzimy ciąg wysp, w tym średniej wielkości Lombok oraz dużą Sumbawę. A także dziesiątki, jeśli nie setki małych wysepek. Wulkany spowite białymi oparami i lazur morza.

Flores

Po ponad godzinie jesteśmy nad Flores. Pilot zatacza krąg nad Labuan Bajo. Podchodzimy do lądowania. Wydaje się, że samolot dotyka skrzydłami wznoszących się po bokach pagórków. Pas jest krótki i zaczyna się dosłownie o kilkadziesiąt metrów od broniącego dostępu do lotniska wzgórza. Samolot wykonuje zgrabny przysiad, rozpędza pasące się na lądowisku kozy i kołuje pod halę przylotów. „Welcome to Labuan Bajo/Komodo”.
 
Port lotniczy jest niewiele większy od przystanku autobusowego. Wita nas opalony na heban, uśmiechnięty człowiek. Harry – nasz divemaster. Góra sprzętu w ciągu 3 minut jest załadowana do podstawionych samochodów. Ruszamy do portu. Po drodze przejeżdżamy przez centrum Labuan Bajo. Na moment zatrzymujemy się przed centrum nurkowym. Wygląda jak szopa. Nasze obawy rosną. Wszystko jednak dzieje się tak szybko, że nie zdążamy nawet wymienić się spostrzeżeniami. Ruszamy dalej i już po chwili jesteśmy w porcie. 
 
To znaczy - nad zatoką. Nie ma nabrzeża, nie ma kei, nie ma portu. W zasięgu wzroku widzimy jeden wrak i kilka łodzi, które w najbliższym czasie bez wątpienia staną się wrakami. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko żarty. Snujemy różne teorie, z których najbardziej prawdopodobna jest taka, że nasza łódź jest na 25 metrach głębokości i właśnie potrzeba 6 nurków, żeby ją podnieść. Wsiadamy do zodiaka, który rozpoczyna slalom między zakotwiczonymi jednostkami. Po kilku minutach zaskoczeni widzimy łódź, która ma stać się naszym domem na następne 8 dni.

M/S „Tarata”

M/S „Tarata” prezentuje się doskonale. Nie jest nowa, ma w sobie coś z klimatu tradycyjnych dżonek, ale gołym okiem widać, że jest w doskonałym stanie. Wita nas uśmiechnięta załoga. Zaskakujące jest to, że każdy z nich wygląda tak, jakby pochodził z innej części świata, choć już po chwili wiemy, że wszyscy są mieszkańcami Flores. Na wieść, że my przyjechaliśmy z Polski, ich twarze rozjaśniają się. „Padre Stas – proboszcz z Labuan Bajo jest z Polski” wyjaśnia Harry. Nasz rodak jest na wyspie niezwykle popularny. Mówi Harry: „Padre Stas to niezwykły człowiek. Zaczął swoja misję od grania z nami w piłkę nożną. Zanim się jednak zorientowaliśmy, dzięki jego staraniom, powstało więcej kościołów niż kiedykolwiek w przeszłości”. Ksiądz Stanisław, jak się dowiadujemy, buduje nie tylko kościoły. Jego inicjatywie Labuan Bajo zawdzięcza tez nową szkołę i przychodnię. Niestety, przyjemność poznania Padre Stasa nas ominie. Nie ma go w kraju... to znaczy jest. W Polsce, w Gdyni. Szkoda...

„Tarata” może pomieścić 12 gości, a nas jest zaledwie szóstka. Warunki mieszkaniowe są doskonałe. Dużo, bardzo dużo, jak na warunki okrętowe, przestrzeni życiowej, tak w sypialniach jak i w łazienkach. Łódź jest drewniana, wykończona w naturalnych kolorach. Zaskakująco komfortowa. Ku naszemu zaskoczeniu, niemal natychmiast odpływamy. Dokąd? Harry odpowiada: „ Na nurkowanie, nie przylecieliście tu chyba po to, żeby siedzieć w porcie?”. No cóż, nasze poprzednie wyprawy do Egiptu przyzwyczaiły nas do nieco innych praktyk.

Człowiek Bez Nazwiska

Harry, choć jako divemaster oczywiście będzie nam towarzyszył także pod wodą, jest przede wszystkim „dyrektorem powierzchniowym”. Uśmiechnięty, świetnie mówiący po angielsku, jest niezwykle wyczulony na najsubtelniejsze sygnały świadczące o problemach. Pochodzi z małej wioski Melo w głębi Flores, około 20 kilometrów od Labuan Bajo. Spędził w niej pierwszych 15 lat swojego życia zanim wybrał się nad ocean, aby po początkowym przerażeniu zakochać się w nim i podjąć pracę przewodnika podwodnego. W jego rodzinnej miejscowości nadal jest zaledwie jeden telewizor, bo tylko jeden dom ma generator prądu. „Moi rodzice nie potrafią czytać, za to doskonale liczą... pieniądze”. Harry chętnie opowiada o swojej wsi. „W Melo, ludzie nie mają nazwisk. Są niepotrzebne, wystarczą imiona. I tak wiadomo o kogo chodzi. Mnie nazywano Harry Joachimus, dla odróżnienia od innych Harrych.”. Życie w Melo toczy się powoli i choć nie należy do łatwych, dla Harrego wspomnienia dzieciństwa to przede wszystkim historie ludzi, tego jak się do siebie odnoszą, jaka jest atmosfera wspólnoty.
 
„Gdy ktoś buduje dom, nie zatrudnia firmy budowlanej. Jedyne co musi zrobić to kupić materiały. Wiadomo kto potrafi postawić ściany, kto obsadzi drzwi, a kto założy dach. Za darmo. W naszej wsi wszyscy sobie nawzajem pomagają”. Pomału zaczynamy rozumieć skąd u Harrego tyle pogody ducha, życzliwości i chęci do kontaktów z ludźmi.
 
Dopływamy do miejsca, w którym mamy wykonać pierwsze kontrolne zanurzenie. Jak na „check dive” jest  nieźle – schodzimy na 35 metrów. Ku naszemu zaskoczeniu, rafa nie jest zbyt kolorowa, ale na brak atrakcji nie można narzekać. Po raz pierwszy widzimy płochliwe węgorze ogrodowe (ang. Garden Eels), które na nasz widok błyskawicznie znikają w piasku. Spotykamy też bardzo dużą, zmieniającą kolory mątwę (ang. Cuttlefish). Na koniec, kiedy wydaje się, że już na nic więcej nie powinniśmy liczyć, pojawia się sporych rozmiarów żółw. Jest bardzo spokojny, niespiesznie przepływa koło nas i tak naprawdę to my musimy go porzucić, bo komputery i manometry nie znają litości.
 
Po nurkowaniu cumujemy przy niewielkiej wysepce. Zodiak przywozi nas na plażę. Dziewiczy piasek. Wokół żywego ducha. To nasz pierwszy dzień w sercu dzikiej przyrody, więc z pewną dozą ostrożności poruszamy się po łące suchych traw. Łąka zmienia się w busz, aby po kolejnych kilkuset metrach stać się lasem. Przekraczamy pasmo pagórków i stwierdzamy, że znaleźliśmy się po drugiej stronie wyspy. Na pokrytej wulkanicznymi kamieniami plaży znajdujemy wspaniałe trofea - ogromną muszlę i różnokolorowe korale. Czujemy się jak odkrywcy nieznanych lądów i nasze zdumienie graniczy z szokiem kiedy nagle widzimy pusty dom i kilka wyciągniętych na ląd łodzi. „To centrum nurkowe” – tłumaczy nam Harry, gdy już jesteśmy z powrotem na łodzi. „Jego właścicielem jest Polak. Ma na imię Henryk.” Przestajemy się dziwić czemukolwiek...

Rekiny, rekiny, rekiny...

Kolejne dni naszego safari wokół wysp Komodo i Rinca wyglądają podobnie. Nurkowanie, śniadanie, nurkowanie, lunch, nurkowanie, obiad, nurkowanie, kolacja, sen. Zawsze pierwsze, poranne zanurzenia są najgłębsze. W kolejnych nie przekroczymy 30 metrów, a najczęściej ograniczymy się do około 20. Nie ma potrzeby. Pamiętam z Egiptu pościgi za rekinami. Tu, spotykamy je za każdym razem. Co prawda nie ma wielkich młotów, ale żarłacze grube (ang. Whitetip Reef Shark), pielęgniarze (ang. Nurse Shark) czy czarnoczube (ang. Blacktipe Reef Shark) są tak pospolite, że nieomal przestajemy zwracać na nie uwagę. Nasi przewodnicy, czując chyba, że przydałby nam się zastrzyk adrenaliny, pokazują nam jamę, w której kłębi się kilka niewielkich rekinów rafowych. Zachęcają do pogłaskania. Robię to „z pewna taka nieśmiałością” i zaskoczony konstatuję, że skóra rekina jest jedwabiście miękka jeśli ją głaskać od głowy do ogona. W drugą stronę – daje wrażenie papieru ściernego.
 
Podwodne zaskoczenia zdarzają się niemalże przy każdym zanurzeniu. Fascynują kolory. Korale i gąbki kształtów znanych nam z Morza Czerwonego, tutaj maja zupełnie inne barwy. Wspaniale żółto-niebieskie, purpurowe lub granatowe. Jaskrawo niebieskie lub różowe rozgwiazdy. Także ryby, jak choćby sympatyczne nadymki, dotychczas znane z szarawego ubarwienia, tu przybierają żywsze, wyrazistsze szaty. Feerii barw towarzyszy zmiana skali. Wszystko jest większe. Kiedy pierwszy raz widzę stadko papugoryb (ang. Parrotfish) wydaje mi się, że to napoleony. Nadymka potrafi osiągnąć nawet 50cm długości. Podobnie jest z koralami i gąbkami. Wyjątek stanowią rekiny. Te często swoimi rozmiarami przypominają raczej rodzime szczupaki niż budzące grozę potwory.No cóż, pod tym względem, wielkość przeszła w ilość.

Łowca Wielorybów

W czasie podwodnych wypraw, Harry dyskretnie usuwa się na drugi plan. Tu absolutnym autorytetem jest nasz drugi divemaster. Anton pochodzi z odległej wioski Lamalera. Jest to jedno z kilku miejsc na świecie, które otrzymało oficjalne zezwolenie UNESCO na odłów wielorybów. Nic w tym dziwnego, zważywszy na to, że rybacy od setek lat nie zmienili sposobu polowania. Nadal używają tych samych drewnianych wiosłowo- żaglowych łodzi i drewnianych, ręcznie ciskanych harpunów.

„Nigdy nie polowałem na wieloryby. Po skończeniu podstawówki, dwa lata nie robiłem nic – trochę pomagałem rodzicom. Potem poszedłem do szkoły w Maumere. Skończyłem ją i wróciłem do domu. Kolejne dwa lata pomagałem rodzicom. Potem wróciłem do Maumere, nauczyłem się pływać i zostałem divemasterem.” Może to i prawda, ale trudno w nią do końca uwierzyć.
 
Na naszej łodzi mamy bardziej nowoczesny sprzęt do połowu ryb. Ilekroć zaczyna terkotać kołowrotek umocowanego przy burcie spinningu, wiadomo, że Anton rusza do akcji. Owija się specjalnym pasem mocującym wędzisko, staje w rozkroku na środkowym pokładzie „Taraty” i przy aplauzie pozostałych członków załogi stacza walkę z rybą. Tuńczyk, barakuda, wahoo – to tylko niektóre z okazów, które na naszych oczach Anton wyciągnął z wody i tym samym rozwiązał problem decyzyjny kucharza, co zrobić na obiad.
 
Nasze podejrzenia, że wychowanie w Lamalerze nie pozostało bez wpływu na Antona potęgowało jego zachowanie pod wodą. Szybko przywykliśmy do gestów przypominających zaklinanie wody. Do końca jednak nie mogliśmy pojąć, jakie prawa rządzą jego poruszaniem się. W okolicach Komodo chlebem powszednim płetwonurków są niezwykle silne prądy. Krążą legendy o miejscu zwanym „rollercoaster”, w którym pionowy nurt porywa w ciągu  minuty na głębokość ponad 70 metrów, aby w następną minutę wyrzucić nieszczęśnika na powierzchnię. Na wszelki wypadek – nie sprawdzaliśmy. Poziome prądy to jednak inna sprawa. Wielokrotnie mieliśmy przyjemność  dryfować wzdłuż kolorowej rafy bez potrzeby wykonywania najmniejszych ruchów lub przeżywać emocje niezwykle szybkiej jazdy slalomem między skałami. Nasze zdziwienie nie miało granic, gdy obserwowaliśmy Antona wiszącego w prądzie bez ruchu, podczas gdy my albo wisieliśmy jak chorągiewki uczepieni skał lub wściekle walczyliśmy z żywiołem, obserwując manometry wskazujące szybki ubytek powietrza w butlach.
 
Któregoś dnia postanowiłem dać naszemu przewodnikowi prezent. Anton nie miał żadnego urządzenia do sygnalizowania pod wodą, ja zaś miałem mój stary shaker, którego i tak nie używałem. Spytałem, czy by mu się nie przydał, a on z radością go przyjął. Potrząsnął i ze śmiechem powiedział: „Manta, manta...” Godzinę później, pod koniec kolejnego nurkowania zobaczyliśmy manty. Byliśmy już na 7 metrach kiedy pojawiły się nad nami. Olbrzymie, majestatyczne, piękne. Przesuwały się nad naszymi głowami, odpływały i powracały. Bez cienia lęku pozwalały nam się podziwiać. Do dzisiaj nie odstępuje mnie uczucie, że to Anton je przywołał... Na tym jednak nie zakończyły się nasze spotkania z niezwykłymi zwierzętami. Następnego dnia mieliśmy wylądować na Komodo.

Kraina Smoków

To, że jesteśmy blisko dawało się wyczuć już dzień wcześniej. Pod wieczór podpłynęła do nas niewielka łódka. Jej właściciel wtaszczył pokaźnych rozmiarów pudło. Po chwili pokład zapełnił się waranami z Komodo. Od maleńkich, centymetrowej długości, po całkiem wyrośnięte, mniej więcej półmetrowe. Jasne i ciemne, z muszli, drewna lub plastiku. Tanie i bardzo tanie. Do postawienia, powieszenia lub wsadzenia w ucho. Przez grzeczność kupiliśmy kilka, z nadzieją, że ten gest pozwoli nam zaskarbić sobie przychylność tych prawdziwych, które mieliśmy zobaczyć następnego dnia.
 
O waranach z Komodo zdążyliśmy się trochę dowiedzieć wcześniej. Pamiętaliśmy film pokazywany na kanale National Geographic i szczegóły z lektury przewodników po Indonezji. Jedno nie ulegało wątpliwości, te największe na świecie jaszczury, nie bez powodu nazywane przez Anglosasów smokami, są naprawdę niebezpieczne. Nie należą co prawda do gatunków jadowitych, ale w ich pyskach jest taka ilość zarazków, że każde ukąszenie kończy się nieuchronnie śmiercią przez zakażenie, na które nie znaleziono dotychczas żadnego antidotum. Na dodatek poruszają się z prędkością 50km/h, a to oznacza zerowe szanse ucieczki. „Warany zaczynają polować około 10:30.” – uspokajał nas Harry. „Rano potrzebują kilku godzin, aby nagrzać się na słońcu i nabrać energii. My będziemy na miejscu o 7:30.” Chętnie uwierzyliśmy, ale nie do końca.
 
O świcie przybijamy do przystani na wyspie Komodo. Nerwowo, przez lornetkę, obserwujemy wybrzeże. Sprawdzamy, czy któryś z 1700 gadów nie przyszedł właśnie napić się wody z morza. Plaża jest wolna od zagrożeń. Schodzimy na ląd. Tego dnia jesteśmy jedynymi turystami. Przechodzimy koło domków strażników leśnych i niemal natychmiast natykamy się na pierwszego smoka. Leży jak kłoda tuż przy ścieżce. Widząc nas wstaje i rusza w naszym kierunku. Nie, nie ma zegarka i zapewne nie wie, że nie ma jeszcze 10:30. Idzie kołysząc się z nogi na nogę, wywalając co chwila nieprawdopodobnie długi język. Jak spod ziemi wyrasta jeden ze strażników i rozdwojonym, dwumetrowym patykiem zmienia kierunek marszu warana. Ten potulnie odchodzi. Jesteśmy uspokojeni. Okazy mieszkające koło domków strażników i żywiące się głownie odpadkami są wyraźnie przyzwyczajone do widoku turystów.
 
Co z tego, skoro na tym nie koniec – strażnik zabiera nas na wyprawę w głąb wyspy. Tam mamy spotkać warany żyjące dziko, z dala od ludzi. Początkowo idziemy dróżką wysypaną żwirem. Niebawem opuszczamy ją i skręcamy w las. Wędrujemy wąską ścieżką, wspinamy się na niewielkie wzgórza. Las przerzedza się, króluje półpustynna roślinność, wielkie wysuszone agawy, pojedyncze drzewa. Nagle nasz przewodnik zamiera bez ruchu. „Ciii...”, pokazuje palcem na usta. W zaroślach słyszymy trzask łamanych gałązek. Niepewnie spoglądamy to na siebie wzajemnie, to na przewodnika. Staramy się wyczytać coś z jego napiętej twarzy. Uciekać czy zastygnąć w bezruchu? A może paść na ziemię i udawać padlinę...? Wzrok przewodnika zdaje się przenikać zarośla. Wyciąga przed siebie rękę i wskazuje jakiś ciemny kształt z wolna wynurzający się na polanę. „To dziki kurczak...” – mówi, a jego twarz łagodnieje. Wybuchamy śmiechem, w którym pobrzmiewa zarówno rozbawienie jak i niedawne napięcie.
 
Taka sytuacja zdarzy się jeszcze kilka razy. Przy okazji spotkania łani z małym koziołkiem i wielkiej białej papugi. A także wielu „niezwykle groźnych” dzikich kurczaków, od których aż roi się Komodo. Jesteśmy tak uodpornieni na zamieranie naszego przewodnika, że kiedy wreszcie pojawia się olbrzymi, samotny waran właściwie przyjmujemy ten fakt bez emocji. Bestia z godnością pozwala się sfotografować, my staramy się zbyt blisko nie podchodzić, ale niedawny lęk gdzieś się ulotnił.
 
Jest około 10:00 kiedy powracamy do przystani. Właśnie przypłynęła nowa grupka turystów. Szkoda, że musimy odpływać i nie możemy tego zobaczyć z bezpiecznej odległości. Przecież cały poranek tak pięknie przygrzewało słońce. Warany muszą już być gotowe do posiłku...

Poland Bay i pożegnalna obietnica Harrego

Przedostatni dzień przed powrotem na Bali. Czeka nas ostatnie nocne nurkowanie. Harry wybiera osłonięta od wiatru zatokę. „Nigdy tu jeszcze nie nurkowaliśmy. To miejsce nie ma nawet swojej nazwy. Nazwijcie je jakoś.” Staramy się wierzyć, że nie jest to zabieg marketingowy. Ku naszemu zdziwieniu, przewodnicy tym razem rezygnują z nurkowania. Zabieram towarzystwo pod wodę i po chwili wszystko jest jasne. Woda – jak na Indonezję – nieprzyzwoicie zimna. 23 stopnie. Widoczność nie przekraczająca 5 metrów. Fauny brak. Jedyny ślad życia w tym cokolwiek księżycowym krajobrazie to pola zielska przypominającego kapustę. Po 30 minutach, dygocząc z zimna wychodzimy na pokład. Miejscu – na pamiątkę podwodnych doznań - nadajemy swojską nazwę Poland Bay.
 
O świcie – ostatnie nurkowanie. Przedtem – ostatni briefing. Harry mówi, że to kolejne miejsce bez nazwy i że kiedyś niedaleko stąd widział manty. Myśli, że powinniśmy je zobaczyć także dzisiaj. Nic nie zapowiada emocji. Nurkujemy płytko, maksimum 20 metrów. Spotykamy „zwyczajne” rekiny, przepływamy przez kolejne oddziały Centrali Rybnej – jak nazywamy gęste ławice kolorowych ryb. Robimy ostatnie podwodne zdjęcia. I wtedy pojawiają się manty. Tym razem na krótko, jakby chciały się z nami tylko pożegnać... Po wyjściu ustalamy, że miejsce od tej pory będzie się nazywać „Harry’s Promise”. Na pamiątkę jeszcze jednej dotrzymanej obietnicy.

Numer 5/2012
W nowym numerze:

Barren Island - nurkowanie pod wulkanem
Serwis informacyjny
Konkurs fotograficzny
Zupa rybna w Omanie
LofotenFREEdiving
Wywiad z Mateuszem Maliną
IV Konferencja Nurkowa Zakrzówek 2012
Wywiad z Pascalem Bernabe
Po co nurkować?
Oceanografia dla każdego!
Zatopione skarby Morza Egejskiego
25 gadżetów dla nurka
Archeologiczne badania w Zatoce Gdańskiej
No Gravity Wreck Expedition Ustka 2012
Nurkowanie na Sri Lance – wrak HMS Hermes

 
   
dodaj do ulubionych | ustaw jako startową WielkiBlekit.pl © 2004-2011
nurkowanie z pasją
Polecamy: fotografia podwodna, Amtex druk wielkoformatowy. Rojswiatel kinkiety, lampy, żyrandole. Bungalowy domki rewal
Projekt & cms: www.zstudio.pl