Papua Nowa Gwinea
 
 
Logowanie
Przypomnij hasło
Załóż konto
Start e - WB Konkurs foto Archiwum Sklep Tapety Kontakt
TAPETY WB
Start
PATRONATY MEDIOWE WB:
SPRZĘT:
MEDYCYNA NURKOWA:
MIEJSCA NURKOWE:
Antarktyka
Australia
Egipt Dahab
Egipt Hurgada
Egipt St. Johns
Filipiny
Galapagos
Palau
Kajmany
Mauritius
Palau
Sudan
Wakatobi
Egipt Sharm
Komodo
Papua Nowa Gwinea
REKLAMA
POLECANE STRONY
CENTRA NURKOWE POLSKA
POLSKIE CENTRA NURKOWE ŚWIAT
 
Wyszukiwarka    
Papua Nowa Gwinea, Zatoka Kimbe - absolutny numer jeden

Tekst i zdjęcia: Darek Sepioło

Artykuł ukazał się
w Wielkim Błękicie nr 8/2005


Często w czasie spotkań w grupie nurkujących osób pada pytanie o ulubiony kierunek, o najciekawsze z dotychczas odwiedzonych miejsc. Miałem to szczęście, że udało mi się odwiedzić większość najpiękniejszych miejsc nurkowych na świecie, od Karaibów po wyspy Pacyfiku. Jaka jest moja odpowiedź? Papua Nowa Gwinea. Absolutny numer jeden!
 
Same miłe niespodzianki
Z czym najczęściej kojarzy się PNG? Oczywiście z ostatnimi żyjącymi na ziemi kanibalami. Nadal istnieje tu wiele miejsc, gdzie niebezpiecznie jest zapuszczać się samemu w głąb dżungli. Hasło zachęcające do odwiedzin Papui „Papua – kraj niespodzianek” nabiera w tej perspektywie niepokojącego wydźwięku. Na szczęście pod wodą czekają nas tylko same miłe niespodzianki.
 
Papua Nowa Gwinea w środowisku nurkujących uchodzi za jeden z ostatnich nieodkrytych jeszcze podwodnych skarbów. Mimo, że już ponad 30 lat temu naśladowcy Jacques’a Cousteau zachwycali się pięknem tutejszych raf, to PNG nadal pozostaje rejonem dziewiczym. Jak na tak ogromny obszar, zaledwie kilka działających tu baz nurkowych i pływających liveabordów, to kropla w oceanie możliwości. To właśnie w Papui można wybrać się na rejs, w czasie, którego zanurkujemy na rafach, jeszcze nigdy wcześniej nie odwiedzanych. W porównaniu z innymi miejscami można powiedzieć, że przybywa tu zaledwie garstka turystów. I właśnie to powoduje, że od lat w większości rankingów Papua Nowa Gwinea zajmuje pierwsze miejsce pod względem atrakcyjności podwodnego świata, i nie tylko podwodnego.

Zapomniany ląd

Przez długie stulecia obszar dzisiejszej Papui pozostawał poza kręgiem głównych światowych wydarzeń. Nawet kolonialne potęgi nie wykazywały większego zainteresowania tym rejonem świata. Dopiero pod koniec XIX wieku swoje protektoraty utworzyły tu Holandia, Niemcy i Wielka Brytania, której tereny przeszły w 1902 roku we władnie nowopowstałej Australii. Kolejne roszady wśród państw zajmujących te obszary następowały w wyniku dwóch wojen światowych. W 1945 roku uznano prawo Australii do terenów dzisiejszej Papui Nowej Gwinei, a w 1963 roku holenderska część wyspy została przejęta przez Indonezję. W 1975 roku PNG uzyskała pełną niepodległość.
 
Próżno szukać w Papui architektonicznych śladów dawnych kultur, jakie bez trudu znajdziemy chociażby w sąsiedniej Indonezji, czy innych państwach rejonu Azji Południowo-Wschdniej. Kraj ten zachwyca jednak bogactwem plemiennych tradycji kultywowanych od pokoleń. Fantastyczne, obrzędowe tańce wykonywane w charakterystycznych makach są tu główną atrakcją turystyczną. Natomiast wyruszając w rejs na jednym z liveabordów na pewno spotykamy, podpływających do łodzi na swoich canoe, wiecznie uśmiechniętych autochtonów, dla których czas zatrzymał się wieki temu.

Walindi

Po 44 godzinach w podróży widok Zatoki Kimbe wynagradza wszelkie trudy. W spokojnych wodach Morza Bismarcka odbijają się tonące w tropikalnej zieleni szczyty okolicznych wulkanów. Wrażenie bycia na końcu świata dopełniają jeszcze dźwięki otaczającej dżungli. Wyspa Nowa Brytania (przez Niemców nazwana wcześniej Nowym Pomorzem) to jeden z najsłabiej rozwiniętych rejonów PNG. Na przestrzeni setek kilometrów ciągną się jedynie połacie tropikalnej dżungli, gdzieniegdzie nad brzegiem można spotkać wioski Papuasów, a jedyne dwa większe ośrodki miejskie to Hoskins i Rabaul.
 
Walindi prowadzone jest przez małżeństwo australijskich ekspatów Cecyli i Maxa Beniamin. W latach 70-tych założyli oni tutaj plantację palm olejowych, ale szybko odkryli, że to co najcenniejsze znajduje się nie na lądzie lecz w wodach Zatoki Kimbe. Na początkach lat 80-tych zrezygnowali z rolniczej działalności i otworzyli niewielki ośrodek dla nurków. Z czasem zyskał on sławę na całym świecie, jako miejsce, gdzie można zobaczyć jedne z najpiękniejszych i najbogatszych raf koralowych. Prowadzone w rejonie badania wykazały, że żyje tu 400 gatunków korali (ponad 50% wszystkich występujących na świecie) oraz 900 gatunków ryb. Z czasem ośrodek rozrósł się i w tej chwili oferuje bardzo komfortowe warunki przebywającym tutaj turystom. Zatopione w tropikalnej dżungli bungalowy to idealne miejsce na odpoczynek po całym dniu na wodzie. Do tego doskonale zaopatrzony bar, basen i wyśmienita kuchnia sprawiają, że czasami czujemy się jak w luksusowym resorcie. O tym, że jednak jesteśmy na zapomnianym przez cywilizację końcu świata przypominają nam ciągłe spotkania z egzotycznymi mieszkańcami otaczającej dżungli.

Podwodny Eden

Pierwszy poranek zaskakuje niezwykłą ciszą. Dżungla umilkła, a wód Zatoki Kimbe nie mąci nawet delikatna bryza. W czasie śniadania trudno skupić się na jedzeniu. Ściany wokół zapełnione są przepięknymi podwodnymi ujęciami najwybitniejszych fotografów. To przedsmak czekających na nas atrakcji.
 
Plan dnia najczęściej wygląda tak samo. Wypływamy wczesnym rankiem, dwa zanurzenia, lunch na jednej z bezludnych wysepek, trzecie nurkowanie i powrót na ląd. Sporadycznie zdarza się, że na lunch wracamy do Walindi, a trzecie nurkowanie odbywa się na tzw. „home reef”, czyli najbliższych rafach.
 
Przed pierwszym nurkowaniem ciekawość jest ogromna. Łódź zacumowała tuż obok rafy i  przez spokojną powierzchnię wody bez problemu dostrzegamy bujne formacje koralowe. Już pierwsze spojrzenie po zanurzeniu wywołuje uśmiech na twarzy. Przed nami rozpościera się prawdziwy podmorski Eden. Vanessa to podwodne wzgórze, którego zbocza raz dość stromo, raz łagodnie opadają w dół. Widoczność przekracza 40m więc  widok na dużą część rafy rozpościera się przed nami w pełnej krasie. Nieregularne kształty nadają jej fantastycznego wymiaru, a bujne formacje koralowe dopełniają doznania, że jesteśmy w niezwykłym miejscu. Pierwsze wrażenia potwierdzają powszechna opinię, że tutejsze rafy należą do najpiękniejszych na świecie. Obserwując podwodny krajobraz, nie byłem w stanie przywołać w pamięci drugiego, równie fantastycznego widoku.
 
Powoli zanurzamy się na głębokość 30 metrów. Tutaj rafa tworzy duże plateau, które porasta prawdziwy las gorgonii. Jest to jedno z najsłynniejszych miejsc nurkowych w Zatoce Kimbe. Przed nami rozpościera się widok na kilkadziesiąt ogromnych, 2 – 3 metrowych wachlarzy. Kiedy przepływamy nad nimi, falują dostojnie w lekkim prądzie. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ktoś je tutaj celowo „zasiał”.

Z lupą pod wodą

Drugie nurkowanie mieliśmy zaplanowane na rafie Sussan. Jej ukształtowanie w znacznym stopniu przypominało Vanesse. Nurkuje się tutaj najczęściej przy zachodnim zboczu, które opada najłagodniej z całej formacji do ok. 25 metrów tworząc tam niewielkie plateau. Ściany rafy porośnięte są gorgoniami oraz długimi, czerwonymi Wip Corals. W tych ostatnich zadomowiły się ławice malutkich Razor Fish. Te wyglądające jak ostrze noża rybki zawsze wiszą głową w dół i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czmychają w gąszcz korali widząc w pobliżu intruza. Kiedy próbuję uchwycić je w kadrze słychać „shakera” naszego divemastera. Kolejna atrakcja, którą dla nas odnalazł to pigmejski konik morski (ang. Pygmy Seahorse). Te maleńkie (do 2 cm) stworzenia żyją na koralach, tak się do nich upodabniając, że naprawdę bardzo trudno jest je dostrzec. Wtedy z pomocą przychodzi nam lupa, która miał ze sobą divemaster. Dobre zdjęcie Pygmy Seahorse to prawdziwe wyzwanie i prawdopodobnie dlatego ten malutki konik morski to prawdziwa gwiazda wśród podwodnych fotografów. Przed niewielką gorgoną ustawia się kolejka chętnych. I właściwie w tym miejscu skończyło się nasze nurkowanie...

Igranie z bestią

Po pierwszym dniu pod wodą trudno było ochłonąć z emocji. To co mają do zaoferowania wody Kimbe trudno mi było porównać do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie. A to był dopiero początek. Następny dzień mieliśmy zacząć od karmienia rekinów na rafie Inglis Shoal. W praktyce jednak trudno było to nazwać karmieniem... Do dużego kanistra nasz divemaster wrzucił kawałki ryb, dokładnie go zamknął i zabezpieczył przed otwarciem, a następnie zrobił w nim cała masę niewielkich dziurek. Zapowiadało się więc, że raczej będziemy kusili rekiny niż je faktycznie nakarmimy.
 
Inglis Shoal to podwodne wzgórze, którego szczyt znajduje się około 15 metrów pod powierzchnią wody. Osiadamy w kręgu na piaszczystym dnie, a w środku nas, przyczepiona liną, pływa przynęta. Nie mija chwila jak pojawia się pierwszy zainteresowany. Szary rekin rafowy (ang. Grey Reef Shark) dostojnie zatacza kręgi w bezpiecznej odległości od naszej grupy. Z czasem, gdy nabiera coraz większej pewności, zmniejsza dystans i w końcu przepływa tuż obok kanistra. Emocje rosną, flesze błyskają raz za razem, kulminacja następuje kiedy rekin przypuszcza pierwszy atak na naszą przynętę. Oczywiście nieskuteczny, bo kanistra zjeść się nie da. Z czasem pojawia się coraz więcej szarych rekinów rafowych i jeden młody białopłetwy. W sumie jest ich około 20 krążących wokół nas. Co chwila następny próbuje bezskutecznie dobrać się do przynęty. Z czasem grupka się zmniejsza i widzimy jak kolejne rekiny odpływają zrezygnowane. Po około 40 minutach wykrusza się również i nasza grupa. Skończył się film, nie ma już miejsca na karcie na kolejne ujęcia. Właśnie wtedy zaciekawiony tym ożywienie młody rekin białopłetwy nabiera niespodziewanej sympatii do nas i co chwila wpada na któregoś z nurkujących. W pewnym momencie zaczyna nawet podgryzać naszego divemastera. Przypomina to trochę zabawy z młodym szczeniakiem.
 
Atmosfera rozbawienia ustępuje jednak kiedy zauważamy, że jego większy kolega zupełnie nie jest skory do zabawy i coraz gwałtowniej zaczyna atakować przynętę. Jedno spojrzenie na jego nisko opuszczone płetwy i wiemy, że to nie są już żarty. Divemaster pokazuje, że kończymy nurkowanie. Problem polega jednak na tym, że aby wrócić do łodzi musimy pokonać w toni, wśród krążących rekinów około 50 metrów. Zbijamy się w grupę stykając się butlami i płynąc do powierzchni każdy bacznie obserwuje krążące rekiny. Na szczęście zupełnie nas zignorowały.
 
Kiedy znalazłem się na pokładzie naprawdę odetchnąłem z ulgą. Zupełnie nie przypominało to doświadczeń z karmieniem rekinów w Australii. Tam po prostu się najadły i po uczcie były spokojne. Tutaj igraliśmy z drapieżnikami. Na własne życzenie zgotowaliśmy sobie całkiem niebezpieczną przygodę. Nasz divemaster też był zestresowany, bo twierdził, że to pierwszy raz przytrafiła mu się taka sytuacja. Zarzekał się, że więcej nie będą już urządzać takich pokazów.

Zero

Rejony dzisiejszej Papui były terenem zaciętych walk w czasie II Wojny Światowej. Stacjonujące w północnej części wojska japońskie przeprowadzały regularne naloty na południe zajmowane przez aliantów. Jedną z pamiątek tamtych wydarzeń są liczne wraki, które można znaleźć w wodach wokół Papui. Do zdecydowanie najciekawszych należą wraki samolotów bojowych z tamtego okresu, a wśród nich odkryty zaledwie 3 lata temu w wodach Zatoki Kimbe, japoński Mistsubishi Zero. Uznawany za najlepszy myśliwiec II Wojny Światowej, Zero zachował się w pamięci głównie dzięki przeprowadzanym na nim samobójczym atakom kamikadze.
 
Egzemplarz, który znajduje się niedaleko Walindi jest najlepiej zachowanym jaki dotychczas odkryto na świecie. Leży on na piaszczystym dnie, na głębokości 17 metrów, zaledwie kilkaset metrów od lądu. Dziób samolotu skierowany jest w stronę brzegu i wszystko wskazuje na to, że pilot próbował się ratować wodując niedaleko od plaży. W kabinie nie znaleziono szczątków, a więc można przypuszczać, że rzeczywiście mu się udało. W czasie mojego pobytu w Walindi gościł tam japoński historyk badający losy pilotów Zero. Zbierał on materiały na temat odkrytego wraku i zapewnił, że na pewno ustali dane pilota. Max, właściciel Walindi, chciałby go do siebie zaprosić, tak aby zebrać wszystkie elementy tej historii.

Star Dancer

Ten luksusowy, 40-metrowy jacht z floty Peter’a Hughes’a od lat uznawany jest za najlepszy liveabord pływający w tym rejonie. Już po kilku pierwszych chwilach na pokładzie wcale to nie dziwi. Wszystko pomyślane jest tutaj tak, aby rejs był jak najbardziej komfortowy. Przestronne kabiny, wygodny pokład nurkowy, pomocna załoga i doskonała kuchnia to wizytówka Star Dancer. Rejs na jego pokładzie jest zdecydowanie najlepszym sposobem na poznanie bogactwa podwodnego świata Zatoki Kimbe i Morza Bismarcka. W czasie 7, 10 lub 14 dniowych wypraw odwiedzimy nie tylko dostępne z lądu rafy położone w zatoce, ale również odległe wyspy Vitu i Fathers, a także okolice Rabaul.

Kibme raz jeszcze

W zależności od terminu wyprawy trasa liveabordu zaczyna się w Walindi albo w Rabaul. Nasz rejs startował w Zatoce Kimbe, a ponieważ byłem jedyną osobą wśród pasażerów mającą okazje wcześniej tu nurkować pytaniom o wrażenia nie było końca. Jak się później okazało Kimbe miało do zaoferowania jeszcze bardzo wiele nie odkrytych przeze mnie atrakcji. Przede wszystkich chodziło o nurkowania zaraz po wschodzie słońca. Mieszkając w Walindi na rafy docieraliśmy około 9. Te same rafy odwiedzane o 6:30 wyglądały zupełnie inaczej. Ilość ryb na jakie trafialiśmy przyprawiała o zdumienie. Ogromne ławice barakud, tuńczyków, karnaksów, snapperów, batfishy krążyły cały czas wokół nas. Po raz kolejny Kimbe odkryła przed nami swoje niezwykłe skarby.

Fathers i Vitu

Po dwóch dniach spędzonych w zatoce ruszamy w stronę Morza Bismarcka i położonych tam Wysp Fathers i Vitu. Na przywitanie zaskakuje nas krystalicznie czyta woda i widoczność sięgająca 50 metrów. Crack a Fat w archipelagu Vitu to podwodne wzgórze, którego szczyt sięga około 17 metrów pod powierzchnię wody. Typowa formacja porośnięta bujnymi koralami, do której już zdążyliśmy się przyzwyczaić po kilku dniach w Papui. Słynie ona z zamieszkujący ją ogromnych ławic barakud i karnaksów. Wczesnym porankiem gromadzą się tutaj tysiące tych ryb. Wrażenie jest niesamowite...
 
Pod koniec rejsu wszyscy na pokładzie mieli to samo zdanie. Obie grupy wysp to jeszcze bujniejsza wersja Zatoki Kimbe. Z ciekawszych miejsc warto jeszcze wspomnieć rafę Shaggy’s (Fathers), którą zamieszkuje rodzina rekinów srebrnopłetwych (ang. Silvertip Shark). Na przywitanie nurkom zawsze pierwsza przypływa samica, badawczym wzrokiem sprawdzająca intruzów. Momentami podpływała do nas tak blisko, że jej pysk nie mieścił się w kadrze. Nasz divemaster uprzedzał, że tak może być więc mimo wszystko staraliśmy się zachować zimną krew. Rekin wyraźnie był zaciekawiony całą sytuacją, ale po jakiś 15 minutach zniknął w błękicie toni. Niestety reszta rodziny się nie pojawiła.

Dwa czołgi

Ostatnia część naszej trasy przebiegała w okolicy Rabaul – stolicy wyspy New Britain. Jest to rejon działania kilku aktywnych wulkanów, które raz na jakiś czas sprawiają miastu spore problemy. Najpoważniejszy wybuch miał miejsce 19 września 1994 roku, kiedy to wulkan Tavurvur przykrył okolicę kilkumetrową warstwą popiołu. Dzisiaj główna ulica dawnego miasta straszy kikutami latarni i kilkoma dachami co wyższych budynków. Uważane za jedno z piękniejszych miast rejonu Rabaul zniknęło zupełnie z powierzchni.
 
Cumujemy tuż obok naturalnego portu Makada przy wyspie Duke of York. Kilkadziesiąt metrów od brzegu znajduje się tu największa podwodna atrakcja okolicy, dwa japońskie czołgi z czasów II Wojny Światowej. 15-tonowy model 97 CHI-HA produkowany przez zakłady Mitsubishi wyposażony był w działo kalibru 57 mm i dwa karabiny maszynowe 7,7 mm. Czołgi leżą od siebie w odległości 20 metrów na piaszczystym dnie na głębokości 6 metrów. Wokół nich znajdują się resztki barki transportowej, która musiała zostać zatopiona przed dotarciem do celu, pozostawiając na dnie oba czołgi. Wraki, pomimo wielu lat pod wodą, znajdują się w bardzo dobrym stanie, brakuje jedynie obu dział. Wewnątrz można bez problemu odróżnić poszczególne elementy wyposażenia.

Numer jeden

Po skończonym rejsie nikt na pokładzie nie miał wątpliwości, że była to przygoda życia. Mimo, że większość nurkujących miała za sobą lata podróży po świecie to opinie były zaskakująco zgodne. Papua to numer jeden. Faktycznie trudno znaleźć drugie miejsce, które ma do zaoferowania aż tyle atrakcji miłośnikom podwodnego świata. Dziewicze rafy, niezwykłe wraki, ławice ryb i fantastycznie kolorowy makroświat, wszystko to można znaleźć w Papui Nowe Gwinei.

Numer 5/2012
W nowym numerze:

Barren Island - nurkowanie pod wulkanem
Serwis informacyjny
Konkurs fotograficzny
Zupa rybna w Omanie
LofotenFREEdiving
Wywiad z Mateuszem Maliną
IV Konferencja Nurkowa Zakrzówek 2012
Wywiad z Pascalem Bernabe
Po co nurkować?
Oceanografia dla każdego!
Zatopione skarby Morza Egejskiego
25 gadżetów dla nurka
Archeologiczne badania w Zatoce Gdańskiej
No Gravity Wreck Expedition Ustka 2012
Nurkowanie na Sri Lance – wrak HMS Hermes

 
   
dodaj do ulubionych | ustaw jako startową WielkiBlekit.pl © 2004-2011
nurkowanie z pasją
Polecamy: fotografia podwodna, Amtex druk wielkoformatowy. Rojswiatel kinkiety, lampy, żyrandole. Bungalowy domki rewal
Projekt & cms: www.zstudio.pl